0
Shares
Pinterest Google+

Jeżeli w tym kraju żyje więcej ludzi, niż w Rosji a jego stolica jest liczniejsza, niż Nowy Jork –

to zdecydowanie jestem przeciw twierdzeniu, że jest to odległy zakątek świata. Traktowanie tamtejszych wydarzeń jako marginalnych nie jest przejawem zdrowego rozsądku. Państwo, w którym liczba mieszkańców na każdy kilometr kwadratowy jest wyższa niż w Warszawie – jest światem samym dla siebie. Warto na nie niekiedy spojrzeć, uwolniwszy się od zachodniego modelu myślenia o gospodarce, kulturze czy filozofii, poszukując alternatywnych wyjaśnień dziwnych informacji, które docierają do nas z takiego innego regionu kosmosu.

   Ostatnio, w zeszły piątek chyba, jesteśmy zalewani informacjami, że studenci w Dhace, walczą o sprawiedliwość, co widać na zdjęciach, na których jeden napisał sobie „Chcemy sprawiedliwość” (We want juistice) długopisem na piersiach a inna studentka jest pałowana przez bangijskiego policjanta, co ktoś opublikował w Super Expressie.

Można by pomyśleć, że w kraju, gdzie ponad 50 proc. ludzi zajmuje się rolnictwem a następne 40 proc. cierpi z niedożywienia, niezaspokojeni pokarmowo banglijscy studenci, entuzjaści zdrowej żywności, domagają się, aby rolnicy wypełniali swoje obowiązki wobec społeczeństwa. Nie przetrzymywali ryżu w celach spekulacyjnych a rząd nałożył na nich obowiązkowe kontyngenty żywności.

Przypuszczać by można też, że być może studenci smagają rząd Bangladeszu sprawiedliwą krytyką, przez co jeszcze trudniejszą do ścierpienia, za stan kolei żelaznej, która cieszy się taką popularnością, że ludzie podróżują na dachach pociągów lub zwisają z okien i drzwi, nie zważając na towarzyszący podróży długi okres umiarkowanego bólu, skutkujący dziedzicznym symptomem stresu pourazowego.

   Walczących o sprawiedliwość studentów być może martwi, że w hołdzie Brahmaputrze miejscowa ludność wrzuca do jej wód,  co cenniejsze przedmioty: jak puszki po coca-coli, sandały, wkładki menstruacyjne, filtry od diesla, deski sedesowe, kawałki papy i beczki po ropie, wraz z plastikowymi torbami z supermarketów,  guziki, łyżwy i wrotki oraz chińskie smartfony – które gdyby nie zaślepienie religijne społeczeństwa, mogłyby służyć jeszcze wielu pokoleniom Banglijczyków, zamiast tonąć lub pływać w onej świętej rzece.

Opieralibyśmy się tylko na stereotypach mniemając, że studenci walczą o sprawiedliwość dla 16,975 tys. mieszkańców Dhaki, którym w marcu nie spalił się domy, w przeciwieństwie do 25 tys. którzy mieli szczęście, że strawił je ogień, czym zasłużyli sobie na odszkodowanie w postaci 30 kg ryżu, co jest równoważne z dziesięcioma bangladeskimi pensjami, za które pobudować się da 3 takie domy, jak te które pochłonął ogień.

Przedstawiciele partii Awali motywują współobywatela do skorzystania z gwarantowanych mu przez konstytucję Bangladeszu praw wyborczych (2014)

   Intuicyjne stwierdzenie europejskich obserwatorów życia publicznego w Bangladeszu, którzy mniemali by, że studenci domagają się zaprowadzenia europejskich norm prawnych, które pozbawiły by żon 18 proc. populacji męskiej Bangladeszu (ok 14 mln mężczyzn), gdyż kobiety te mają mniej, niż 15 lat też byłoby błędne.

Nieprawdą jest również, że studenci domagają się ustawowego zakazu podawania 13-latkom na porost piersi i tali oradexonu (hormonu krowiego), żeby w dniu zaręczyn bardziej przypominały dorosłe kobiety.

Nie jest również chyba tak, że młoda bangladeska inteligencja, żąda od państwa obniżenia złodziejskich opłat za licencje na prostytuowanie 1567 USD – kiedy obciągniecie laski warte jest tylko 2 dolary, na co stać jedynie cudzoziemców i przywrócenia tym samym zdrowych relacji rynkowych.

   Tylko nieuczciwi intelektualnie dziennikarze mogą twierdzić, że studenci protestują przeciw ustawie kryminalizującej gejowski seks pochodzącej z 1861 roku, z którą walczył zatłuczony tasakami Xulhaz Mannan, gdyż ta ustawa jest tyleż archaiczna co i absurdalna w sytuacji, kiedy 10 mln ludzi w Bangladeszu jest tak zwanej trzeciej płci, po bengalsku Hidżir (po angielsku ladyboys) posługującej się nawet własnym językiem zwanym hijra farsi.

Patrząc na tych młodych ludzi przemierzających Dhake w poszukiwaniu sprawiedliwości uzbrojonych w kije bambusowe, nawet w deszcz, nie znając bengalskiego przypuszczać bym mógł także, że walczą o zrównanie praw kobiet z mężczyznami (kobiety nie mają tu praw do dziedziczenia a ich bicie jest wykroczeniem na równi z wychłostaniem kota).

   Nie jest to znowu chyba logiczne rozumowanie, ponieważ w kraju, gdzie od 30 lat stanowisko premiera piastują prawie wyłącznie kobiety a obecnie kobieta jest też przewodniczącym parlamentu, przywódcą opozycji i ministrem spraw zagranicznych (oczywiście nie ta sama) przy takim sfeminizowaniu władzy wprowadzenie owego równouprawnienia powinno być zupełnie możliwe metodami administracyjnymi.

Bangladeshrailway imponują kolejom na świecie optymalizacją wykorzystania potencjału przewozowego

   Bogaty kontekst faktograficzny mógłby spowodować u zagranicznych obserwatorów, wrażenie, że studenci walczą o sprawiedliwość, ponieważ zbliżające się wybory parlamentarne w których zmierzą się Liga Awami oraz Nacjonalistyczna Partia Bangladeszu mogłyby być przyjęte przez społeczeństwo równie niechętnie, jak poprzednie i zgromadzić przy urnach 29 proc. uprawnionych do głosowania pod czas, gdy jeszcze poprzednie wybory zgromadziły 75 proc. Tak też początkowo myślałem, że demonstracje są przeciw fałszowaniu demokracji,

albowiem ostatnia klęska demokracji w Bangladeszu spowodowana była nowatorskimi metodami młodzieżówki partii Liga Awami, chcącej nakłonić przeciwników politycznych do uczestnictwa.

Być może protestujący to przyszli praktycy potocznej inżynierii, która zakłada jakieś normy bezpieczeństwa instalacji elektrycznych, które do Bangladeszu dotarły dopiero na politechnikę.

   Nieumiejętność radzenia sobie z gniazdkiem i kablem elektrycznym zabija rocznie w samej stolicy kilkaset osób. Incydentem prowokującym inżynierów elektryki do wyjścia na ulice mogła być więc śmierć 8 ludzi w prowincji Sadar, którzy zwarli się z przewodami wysokiego napięcia przenosząc metalową drabinę.

Młodzi adepci żeglugi śródlądowej pośród symptomów dobrobytu ofiarowanych przez bengalskich islamistów1 świętej rzece Brahmaputrze.

   A może uaktywnił studentów ich bangladeski hippisowski romantyzm wobec działań policji, która w ostatnich 3 miesiącach aresztowała 16 tys. osób, a zastrzeliła zgodnie z zasadami prawa 138 mężczyzn w związku z tak zwaną akcją antynarkotykową.

A może spragnieni sprawiedliwości chcą skazania za morderstwo niejakiego Mohamada Sohela Rana, który był właścicielem fabryki pracującej dla Benettona, Primarku i Walmartu a ta zawaliła się z powodu braku fundamentów, zabijając 1134 pracujące w niej szwaczki, po 3 dolary miesięcznie, 5 lat temu. Rana chroni się przed procesem o zabójstwo cierpiąc z powodu ograniczenia wolności w związku z oskarżeniem o rzekomą korupcję. To zgodnie z przyjętym tu prawem uniemożliwia miejscowemu wymiarowi sprawiedliwości postawienie skazanemu kolejnych zarzutów.

No i w końcu może być jeszcze tak, że to studenci ekonomii chcą sprawiedliwości, którzy uznali, że tego należącego do czterech najbiedniejszych krajów świata nie było stać na wystrzelenie w kosmos satelity Bangabadhu-1, za 248 mln dolarów, pożyczonych zresztą w Banku HSBC – na niezbyt interesujących warunkach. Nawet jeżeli satelita przynosiłby zakładane zyski, to nie będą one pokrywać w całości rat kapitału wraz z odsetkami bankowi należnymi. Rozumowanie to jest oczywiście mnożeniem bytów ponad konieczność – lub ich niedoszacowaniem, choć nie jest wykluczone, że studenci ci protestują ze wszystkich tych powodów albo mają jeszcze jakieś studenckie pretensje a być

może nawet w ogóle nie protestują lub nie są to w ogóle studenci, lecz przebierańcy. Tylko proszę Państwa o spokój.

   Nie wydaje się prawdopodobnym, aby policja demokratycznego państwa wydłubywała obywatelom oczy, gwałciła ich odbyty i mordowała za to, iż protestują, ponieważ minister do spraw żeglugi Shajahan Khan, roześmiać się miał był, pytany przez dziennikarza, o stosunek rządu do śmierci dwóch studentów, w rezultacie najechania na nich przez autobus. Wszak w wypadkach samochodowych w Bangladeszu ginie 32 osoby dziennie2.

Nie znam bengalskiego więc powinienem wierzyć w to co piszą inni, którzy uważają, że język bengalski znają, a ci twierdzą, że  postępowi studenci chcą, aby za spowodowanie wypadków samochodowych wprowadzić w Bangladeszu karę śmierci. Domagają się też dymisji wesołego ministra.

   Natomiast jakby wierzyć rządowi, to patrząc na Dahalską ulicę, rzeczywiście te incydentalne zamieszania tego niezwykle zatłoczonego miasta nie są żadnymi zamieszkami tylko przypadkowymi naruszeniami nietykalności osobistej zgodnymi z naturalnym rytmem tutejszego życia, gdzie dozwolone jest noszenie przy sobie jakiegoś drąga lub pałki. Gaz bojowy jest na wyposażeniu 400 tys. rikszarzy, przemierzających codziennie miasto, 4 milionów sklepów i 2 milionów jadłodajni.

   Zwłaszcza, że rzecznik rządu Bangladeszu zauważa, iż publikowane przez światowe media zdjęcie, łzy wyciskające i powodujące bezdech ludzi zachodu dowodzące rzekomo owych zamieszek w lipcu 2018 roku, zostało zrobione w 2012 roku w związku z zupełnie inną akcją policji.

   No cóż. W tym kraju, gdzie życie jest niebezpieczne, okrutne i krótkie, przekonać się można, że istnieje coś takiego jak ignorancja absolutna gatunku ludzkiego a mimo niej Bangladesz nadal istnieje. Aby zadowolić Europejczyka można skonfabulować dowolne wytłumaczenie dziejącej się tu rzeczywistości i zawsze będzie ono prawdziwe. I jeżeli nawet przyjechałem tu dla tego jedynie odkrycia,  było warto.

Zdjęcie opublikowane po raz pierwszy przez Agencje Reutera 30 września 2012, autorstwa Andrew Biraja, przedstawiające (opis oryginalny):

„Funkcjonariusza policji używającego pałki, aby uderzyć aktywistę Narodowego Komitetu Ochrony Ropy Gazu i Zasobów Mineralnych podczas protestu przeciwko rządowi w Dhace”.

 

 

1 Tak, tak Bangladesz jest państwem islamskim!

2 Dane szacowane, według doniesień Associated Press, która twierdzi, że w Bangladeszu w wypadkach samochodowych ginie 12 tys. osób rocznie. Nasz krajowy PAP uważa – że 4 tys.

 

NOTA REDAKCYJNA

10.0
Zapierająca dech w piersiach relacja ze świata pieprzu i brudu, jakiej nigdy wcześniej w naszym cywilizowanym wschodnioeuropejskim kraju nie napisano.
1 OCENA CZYTELNIKÓW
Maksymalna ocena pośród maksymalnych ocen 10.0

Poprzedni tekst

GRY ULICZNE

Następny artykuł

RATOWNICY I DZIECI

BRAK KOMENTARZY

DAJ GŁOS

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *